Będę zabrał aż dwa woreczki w przewidywaniu złotodajnych plonów. Ten pełny został zrabowany. W głębi juków spoczywał tylko pusty. Spojrzał ponurym wzrokiem na piasek plaży, na kamyki hojnie po nim rozsypane, zerknął ku niebu, jakby wśród białych obłoczków szukał natchnienia, i klepnął się dłonią w czoło. — To jest myśl — powiedział do siebie. — To jest myśl! Czemu nie spróbować? Chwycił konia za uzdę, uwiązał go w krzakach. Wydobył z juku woreczek i wrócił na plażę. Ukląkł, począł zbierać kamyczki i wsypywać je do woreczka. Spieszył się. Nie tylko dlatego, że był głodny, ale że lękał się, by go kto nie podpatrzył przy tak dziwnym zajęciu. Bo gdyby ten ktoś również podążał do Goodyear, cały plan, wielki plan Bedego, straciłby wszelką wartość. Gdy woreczek wypełnił się po rąbek, Będę związał go rzemykiem, schował do juku, otrzepał dłonie, wskoczył na siodło i wielce zadowolony z siebie ruszył przez rzeczkę wśród rozbryzgów wody. Na brzegu zmusił konia do galopu. Gdzieś, niezbyt daleko, w prostej przed nim linii…