Noża, kufla bursztynowego płynu i bochenka chleba o złocistej skórce. Zabrał się do dzieła, zapominając o świecie. Mogły teraz bić gromy, dąć huragany, mogli rewolwerowcy strzelać do siebie o krok od stolika — Będę nie zwróciłby na to uwagi. Odsapnął, gdy talerz był już pusty, a z bochenka pozostała mizerna skibka. Sięgnął po piwo gestem człowieka sytego i nieco ociężałego po obfitym posiłku. Usłyszał daleki gwizd parowozu i przyszło mu na myśl, że nawet po sprzedaży konia (co uznał za ostateczność) nie czekałaby go piesza wędrówka, lecz podróż wago-nem. Znowu zabrzmiał gwizd, tym razem znacznie bliższy, pomieszany z turkotem wagonów toczących się po szynach. W kilkanaście minut później do wnętrza saloonu wtargnęli nowi przybysze, Z walizkami, torbami i tobołkami. Cicha dotąd salka rozbrzęczała gwarem głosów i tupotem nóg po deskach. Podróżni obsiedli stoły, a kelner w czarnej kamizelce zwijał się jak rak w ukropie. — Przepraszam... Będę drgnął. — Przepraszam, widzę, że jest pan sam, a wszystkie miejsca zajęte.