— Chyba źle się wyraziłem. Po prostu zależy mi na tym, żeby nikt, absolutnie nikt nie wiedział, co przechowuję w banku. Czy to możliwe? — Nasz klient, nasz pan. Całkowicie możliwe. Wolno w ten sposób na przykład chronić przed kradzieżą jakieś cenne dla klienta listy lub cokolwiek innego, byle oczywiście nie był to przedmiot zbyt wielkich rozmiarów. — Niewielkich — stwierdził Będę. — O, ten pakuneczek — tu dotknął palcami woreczka. Chyba księgowy dopiero teraz zauważył zniszczoną odzież sąsiada, jego kurtę pełną śladów biwakowania przy ognisku i oblicze spalone górskim słońcem. — Czyżby pan był eksplorerem? — Parałem się tym przez kilka miesięcy. — Domyślam się, że z dobrym rezultatem. Będę skinął głową. Nie dodał jednak, że ten rezultat znalazł się w kieszeniach rabusiów. — Mieszka pan w Goodyear? Nigdy dotąd pana nie spotkałem. Będę rozejrzał się po pokoju, dotknął łóżka, czy miękkie, zajrzał do dzbanka z wodą, do szuflady stolika, do szafy na ubrania. Jako bywalec hoteli wiedział, iż roztargnieni goście zostawiają w szufladach.