Dosiadł konia i pojechał prosto przed siebie, nie zważając już na kierunek torów. I oto kolejowy szlak, chociaż najpierw zniknął mu z oczu, znowu się ukazał, dalekim łukiem skręcając ku południowi. Na końcu tego łuku Będę zauważył zielone kępy drzew, a nad nimi szczyty dachów. Tam leżało Goodyear. A jeśli nie Goodyear — to inne miasteczko, gdzie gościnne saloony zapraszają do swych wnętrz spragnionych i zgłodniałych wędrowców. Pognał galopem. Drzewa i dachy ogromniały w miarę przebywanej przestrzeni. Ani się spostrzegł, jak wjechał na prymitywny trakt, szeroką niby-drogę, oznaczoną koleinami wozów i wydeptaną przez pieszych. Przystanął. Wydobył z juku woreczek ze żwirem, rozwiązał go i na samym wierzchu położył trzy wyjęte z kieszeni nuggety. Zasupłał rzemyki, schował woreczek i ruszył dalej. Teraz już tylko truchtem. Przejechał drewniany, lecz solidny mostek, przerzucony zapewne nad tą samą rzeczką, jaką napotkał poprzednio, i ujrzał pierwsze corrale dla koni, zagrody dla bydła — oczywiste oznaki zamożności mieszkańców.