Te słowa wypowiedział wysoki, szczupły mężczyzna w czarnym kapeluszu i czarnym płaszczu. Na przyzwalający gest postawił na podłodze skórzany sakwojaż i zdjął wierzchnie okrycie. Jego garnitur był również ciemny. „Na pewno urzędnik — pomyślał Będę — albo komiwojażer". Przybysz przewiesił płaszcz prze? oparcie krzesła, kapelusz złożył na sąsiednim i usiadł. — To okropne — jęknął. Będę zerknął na gładko ogoloną twarz, szpakowate włosy i wyraźną siwiznę na skroniach. „Starszy facet — doszedł do łatwego wniosku. — Na pewno wędrowny agent handlowy. W jego wieku to może być męczące". — Okropne — powtórzył sąsiad i umilkł, jakby czekając na pytanie o rodzaj okropności. Lecz Będę nie podjął tej próby. Sączył piwo i pogrążał się coraz głębiej w stan obojętności na sprawy tego świata. — Niech pan sobie wyobrazi, że jechałem pociągiem przez ostatnie dwanaście godzin. W nocy było piekielnie zimno, a w dzień upał i duchota od kłębów dymu. Cały wagon kopcił fajki. — A pan nie znosi palaczy — zdobył się Będę na leniwą uwagę.