Pociągali ze szklanek coś mocniejszego od piwa. Siadł przy pustym stoliku, woreczek położył pod prawą ręką i czekał, pełen niecierpliwości. Młodziki przy szynkwasie klepali się po ramionach, gaworzyli bełkotliwie i bardzo głośno, a co pewien czas wybuchali śmiechem przypominającym rżenie koni. Pewnie mieli dobrze w czubach. Będę niejeden raz oglądał takie scenki w przydrożnych oberżach małych miasteczek, wiec nie widział w tym nic interesującego. Jego uwagę przykuł natomiast drobny człowieczek nieokreślonego wieku, odziany w czarne spodnie, czarną kamizelkę i białą koszulę z podwiniętymi rękawami ze .ścierką w ręce. Dostrzegł on nowego gościa i skierował się ku niemu. Zatrzymawszy się przy stoliku, długo wycierał błoto, chociaż zaiste nic tam nie było do wytarcia. Ukończywszy tę pracę wyprostował się Ki wlepił w twarz Bedego wychudłe oczy. — Co podać? — zagadnął zwięźle. — Piwo? — Niech będzie piwo, lecz przede wszystkim coś do Pjedzenia. Wydało się Bedemu, iż kelner (wyglądał na kelnera) spojrzał nań podejrzliwym wzrokiem i jakby się zawahał.