Ba, obdartus zawsze budzi wątpliwości: zapłaci czy nie zapłaci? Jednak wiara w wypłacalność Bedego musiała zwyciężyć, bo kelner znowu zapytał: — Potrawka z królika czy schab? — Schab i dużo chleba — zarządził Będę. — Zaraz przyniosę. Pobiegł drobnym truchtem w kierunku bufetu. Tymczasem krzykliwi młodzieńcy, zarykując się śmiechem, bili' pięściami w blaszany blat. Będę, przez miesiące przyzwyczajony do ciszy, aż drgnął. Nagle, nie wiadomo skąd, pojawiła się kobieta. Stanęła przy wesołkach, coś lam im przykazała. Umilkli. Będę ujrzał, jak wyciągają pieniądze z kieszeni, jak płacą, jak nasuwają na głowy szerokoskrzydłe kapelusze i opuszczają lokal nieco chwiejnym krokiem. — A to heca! — mruknął. — Matka, nie matka? — zastanowił się, patrząc na znikającą za szynkwasem kobiecą postać. Bo kogóż by tak potulnie usłuchali? A może to właścicielka saloonu? Wprawdzie Clark wspominał o karczmarzu, nie o karczmarce. Kres tym wątpliwościom położył kelner, a ściślej: przecudowny zapach mięsa i parującej kapusty oraz widok talerza…