I właśnie w tym samym momencie ujrzał poszukiwany lokal, budowle wielce różną od poprzednich: szeroki drewniany dom, z długą werandą zajmującą cały front. Przed tą werandą wbito pale konowiązów. Stało przy nich kilka gniadoszy i jeden piękny karosz, z siodłem błyszczącym srebrnymi okuciami. Będę uwiązał tam i swego wierzchowca, wyjął z juku woreczek i wspiął się po stopniach werandy. „Albo się uda, albo się nie uda — myślał desperacko. — Ostatecznie, mam pięć dolarów i trzy grudki złota, więc mnie nie oddadzą w łapy szeryfa". Przybrał pewną siebie minę i pchnął drzwi. Ujrzał przestronną salę, stoliki, krzesła, bufet. Poczuł znajomy zapach tytoniowego dymu, piwa, whisky i jakiejś potrawy, co spowodowało ucisk w dołku, napływ śliny do ust i prawie mdłości. W saloonie było nieomal pusto. Zaledwie kilku męż-czyzn piło piwo przy stolikach, a długi szynkwas podpierało dwu innych, chyba kowbojów, sądząc z ubrań, i chyba młodzieniaszków, sądząc z wyglądu twarzy. Tylko oni, jak zdążył się zorientować.