Leżało nieznane Goodyear z wyśnioną kawą, wołową pieczenia i jajecznicą z dziesięciu jajek. Jednakże Clark mógł się mylić co do odległości, a z prostej linii łatwo zboczyć jadąc nagą płaszczyzną bez żadnych punktów orientacyjnych. Dlatego Będę wytężył wzrok, spoglądał w lewo i w prawo, usiłując dojrzeć szczyty domostw lub smugę dymu. Ale nie budynki stały się zwiastunem zamieszkałych stron, lecz kolejowy nasyp, a na nim lśniące w słońcu szyny. Biegły ze wschodu na zachód. Będę zatrzymał wierzchowca. Clark nic a nic nie wspominał o kolei, nie mówił, że w Goodyear jest stacja. Może zapomniał? Może gdy bawił w miasteczku, pędziły tędy tylko dyliżanse? Ba, cóż można wiedzieć. Albo te tory wiodą do Goodyear, albo je omijają. Będę nie mógł się zdecydować, w jakim kierunku powinien teraz ruszyć. Wspomniał jednak słowa Clarka: „przejedź na drugi brzeg i znowu prościutko, nie więcej niż dwie mile, a ujrzysz domostwa". Jak prościutko, to prościutko. Zeskoczył z siodła, przeprowadził czworonoga przez nasyp.